Południowe Włochy to w poprzednim roku było nasze urlopowe marzenie. Nie spodziewaliśmy się w Polsce specjalnie korzystnych warunków pogodowych, więc postanowiliśmy wybrać się gdzieś gdzie będzie cieplej. W związku z tym, że nasz budżet był ograniczony postanowiliśmy wybrać się autostopem. Spakowaliśmy sprzęt wspinaczkowy, aparaty cyfrowe, kamery, kompas i ruszyliśmy w drogę.
Przejazd tzw. okazją przez państwa, w których taki sposób podróżowania był popularny już od lat sześćdziesiątych jest prawdziwą przyjemnością. Kierowcy nie boją się zabierać ze sobą autostopowiczów i kolejne kilometry przebywa się bardzo szybko. Nie jest dużym problemem dotarcie do oddalonych od głównych szlaków komunikacyjnych interesujących miejsc, do których nie docierają nawet środki miejscowej komunikacji.
Po dotarciu na wybrzeże same porażki - kemping, który wybraliśmy nie miał kompletnie żadnej infrastruktury, nie było prysznicy, ani toalet - zupełnie jak 20 lat temu w Polsce - tylko ceny podobne do wynajęcia pokoju w hotelu. Co zresztą zrobiliśmy, po dwóch dniach pobytu przenieśliśmy się do motelu. Całość kosztów codziennych wyszła nawet taniej, bo Bed and breakfast było 8 euro na osobę tańszy niż pole namiotowe bez bieżącej wody i samodzielne gotowanie.
Dalszy przebieg urlopu niestety również trudno było zaliczyć do udanych, zorganizowanie sobie czegokolwiek wiązało się z zapłaceniem haraczu na praktycznie każdym etapie. W czwartym dniu, kiedy mieszkaliśmy na prywatnej kwaterze skradziono nasz aparat Canon 500d oraz kamerę cyfrową Olympus. Kontakt z miejscową policją uświadomił Nam, że nie jesteśmy tam mile widziani. Spakowaliśmy się czym prędzej i pojechaliśmy, można powiedzieć z płaczem do domu. Generalnie wojaże po prowincji europejskiej nie jest taki fajne jak podróżowanie po prowincji np. Południowo-Wschodniej Azjii. Następnym razem wybór będzie inny